234 miliony długu – Czy ktoś, kto żyje na kredyt, nadaje się na Prezydenta?
Firma Łukasza Gibały ma ponad 234 miliony złotych długu wobec spółki ojca. Przy pensji prezydenta Krakowa spłata zajęłaby 860 lat.
Łukasz Gibała lubi mówić o sobie jako o przedsiębiorcy, który sam zbudował swoją pozycję. Rzeczywistość jest jednak znacznie mniej romantyczna. Przez lata przyznawał publicznie do jednego: pożyczki 50 milionów złotych od ojca. Dziś wiemy, że to był tylko wierzchołek góry lodowej – prawdziwy dług jego firmy wobec spółki ojca wyniósł ponad 234 miliony złotych, z odsetkami przekroczył 250 milionów.
Przeliczmy to na ludzki język. Pensja prezydenta Krakowa to około 270 tysięcy złotych brutto rocznie. Przy takim wynagrodzeniu spłata długu Gibały zajęłaby około 860 lat – zakładając, że nie wydawałby ani złotówki na nic innego.
Skąd wzięły się pieniądze?
To pytanie pozostaje bez przekonującej odpowiedzi. Pożyczek udzielała spółka ojca, Alti Plus – firma zajmująca się hurtowym obrotem alkoholem. Problem w tym, że w latach, gdy pożyczki płynęły szerokim strumieniem, Alti Plus sama ledwo wiązała koniec z końcem. W 2020 roku firma wykazała przychód 56 milionów złotych, ale na rachunkach miała zaledwie 6 milionów – i mimo to przelała do spółki syna niemal 90 milionów. Rok później miała jeszcze mniej gotówki, a pożyczki wciąż płynęły. Skąd brały się te środki – tego Gibała nie tłumaczy. [źródło]
Spółka Ductor – zerowe przychody, miliony pożyczek
Spółka Ductor, główny pożyczkobiorca, przez cały ten czas wykazywała zerowe przychody. Zaciągała więc dziesiątki milionów złotych pożyczek, nie zarabiając absolutnie nic. Sam Gibała twierdzi, że to inwestycja w przyszłość – w fabrykę filamentu do drukarek 3D i ekologiczne deski tarasowe. Tyle że rok za rokiem nie było ani złotówki przychodu, a pieniądze wędrowały dalej. Jedno ze znanych przelewów dotyczyło remontu prywatnego mieszkania Gibały – ponad 2 miliony złotych z firmowej kasy na własne lokum.
Jak Gibała "spłacił" dług
Gibała przez lata bagatelizował temat, zasłaniając się argumentem, że to "długoterminowa pożyczka inwestycyjna", a nie dług. Kiedy temat stał się zbyt gorący przed wyborami prezydenckimi, rozwiązał problem po swojemu: po prostu oddał firmę ojcu. Ogłosił, że dług został "spłacony" – poprzez przekazanie udziałów. Innymi słowy: zamiast oddać pieniądze, oddał samą spółkę, którą zbudował za pożyczone pieniądze.
Tymczasem sam Gibała napisał kiedyś tekst zatytułowany "Dług Krakowa. O patologii władzy", w którym na sesji Rady Miasta określił zadłużenie miasta jako "pod korek". Warto zapamiętać tę frazę. Bo człowiek, który przez lata karmił się krytyką cudzego zadłużenia, sam siedział po uszy w pożyczkach, których matematycznie nie był w stanie spłacić przez kilkaset lat.